RSS Feed

na ziemi pełnej królików część 1

28 sierpnia 2012 – No to w drogę…

W końcu wyruszam w najważniejszą podróż w moim 22 letnim życiu, które wiodłam sobie spokojnie, bez przygód i ryzyka we wschodnim kącie Europy. Po trzech latach studiów w Poznaniu w końcu zdecydowałam się na dość odważny krok. Wymiana studencka z programu Erasmus. Plany dotyczące owej wymiany miałam w głowie już na początku studiów, ale studiowanie dwóch kierunków odwlekło te plany w czasie o dwa lata. Nie ważne. Najważniejsze, że cel po wielu trudnych momentach udało się zrealizować. Myślę, że miałam naprawdę szczęście, bo zdałam egzamin, który mógłby podciąć mi skrzydła i nie pozwolić odlecieć do raju. Wybrałam raj pogodowy zwany Hiszpanią nie bez powodu. Mam obsesję na punkcie wszystkiego co hiszpańskie od paru dobrych lata, kiedy to z nudów zaczęłam uczyć się tego języka. Dobrze… Nie wszystko co hiszpańskie – nie znoszę corridy, nie jem mięsa i na pewno nie będę jadła kolacji o 22. To wszystko nie ma znaczenia, bo w końcu opuszczam kraj w którym się urodziłam, ale z którym nie mam związku sentymentalnego. Nie mówię, że czuję się Hiszpanką, czuję hiszpańską krew, która we mnie płynie. Nie. Jestem Europejką, jestem kosmopolitanką i nie czuję się związana z żadnym miejscem. W moją podróż wyruszam sama – nie lubię ludzi, mam egoistyczną naturę i uważam, że wszystko lepiej potrafię zrobić sama bez niczyjej pomocy. Nie zależy mi na poznaniu mnóstwa ludzi z różnych krajów, chcę poznać jeden kraj, ten do którego jadę – ziemię pełną królików.

29 sierpnia 2012 – Ale odlot!

Lot o godzinie 7.10. Prosto do Alicante na wybrzeżu Morza Śródziemnego, około 50 kilometrów od miejscowości, w której spędzę najbliższe 5 miesięcy. Lecę pierwszy raz samolotem i nie wiem czego się spodziewać. Nie boję się, raczej obawiam się o mój bagaż i o to, że będzie za dużo ważył. Kobiecie, która posiada kilkanaście par butów i jest z nimi związana bardziej niż z ludźmi trudno jest się spakować w dwa bagaże mające łącznie 30 kilogramów. Autorem zasad przewozu i tych wszystkich limitów jest zdecydowanie mężczyzna, który nie zna kobiet i tego, co potrafią przewozić. Tanie linie mawiają. Dla mnie nie takie tanie, ale czy to ważne? Najważniejsze, żeby bagaż doleciał razem ze mną cały i zdrowy.

Godzina 4 rano. Po dwóch godzinach snu w zimnym, ciasnym samochodzie wstaję jak nowo narodzona. W pośpiechu szukam w torbie podręcznej kosmetyków do makijażu. Odprawiam mojego ojca do kolejki do odprawy, a sama idę do łazienki. Nie mogę przecież przywitać hiszpańskiej ziemi bez makijażu i z nieułożonymi włosami.

Odprawa przebiega bardzo sprawnie. Pełna nerwów patrzę jak mój ojciec kładzie walizkę na wagę. Kobieta, która mnie odprawia oznajmia, że torba waży 19,8 kilogramów, a zatem jeszcze 200 gram do limitów. Oddycham z ulgą. Teraz samo przejście przez bramkę kontrolną z bagażem podręcznym, który waży dokładnie 10 kilogramów. Oczywiście to co mi się tam nie zmieściło czyli telefon, ładowarkę, myszkę do komputera, lusterko, dwa cienie do powiek, mam schowane w kurtce. Do tego na głowie okulary, a na nogach najcięższe sandały jakie mam. Mówię mojemu ojcu dowidzenia po czym ten wyjmuje aparat, dobrze wiedząc, że nie może tam robić zdjęć. Ja podchodzę do pani celniczki uśmiechając się nieśmiało. „Proszę wyjąć komputer jeśli pani ma w środku, a kurtkę, buty i okulary proszę położyć na tacy” – słyszę od tej kobiety. Obchodzi się bez opróżniania kieszeni. „Jeśli ma pani coś metalowego na sobie proszę to też zdjąć” – dodaje, a ja spoglądam się na nią krzywym okiem. Wszystko przez to, że koleżanka opowiadała mi, że kiedyś jej koleżankę cofnięto na lotnisku, bo jej stanik piszczał, gdy przekraczała bramkę. „Mam tylko spinkę i aplikacje na bluzce” – odpowiadam trochę zmieszana. „Bez przesady, może pani teraz przejść przez bramkę” – odpowiada z lekkim uśmiechem, a ja przechodzę przez bramkę. Czuję niesamowitą ulgę, kiedy nie słyszę żadnego dziwnego dźwięku. Teraz mogę zabrać swoje rzeczy z tacy i pospieszyć do strefy odlotów.

Wszystko jest okej, ale… Ważyli tę torbę? Pełna napięcia mijam kolejne sklepy w strefie wolnocłowej. Nie kupuję nic, bo jak mi zważą torbę i będzie za dużo? Nie panikuję zbyt często, a tym razem poczułam się w sytuacji patowej. W końcu znajduję jakąś kawiarnię. Jedna kawa przed odlotem na pewno mi dobrze, a przy okazji spytam się jak to jest z tym ważeniem. „Leci pani z Ryanairem? Mogą się przyczepić i jak zauważą, że pani torba jest większa mogą ją zważyć, ale zwykle tego nie robią” – pani z kawiarni odpowiada na moje pytanie dotyczące ponownego ważenia. Teraz pozostaje mi tylko czekać na odlot.

Kilkanaście minut później otwierają bramki do wejścia na pokład. Stoję w kolejce i czekam z ciężką torbą na ramieniu, udając jednocześnie, że jest leciutka i nie muszą ważyć. Widzę, że jednej kobiecie ważą torbę, ale na szczęście jej nie cofają. Moja kolej. Mężczyzna przedziera moją kartę pokładową i idę oczekiwać aż będę mogła zejść po kilkunastu schodach, przejść kawałek i wejść po kilku kolejnych opuszczając polską ziemię.

Gdy moja druga stopa opuszcza ziemię. Pierwsza myśl jaka się rodzi w mojej głowie to „wreszcie”. Nic innego mnie nie obchodzi. W końcu coś mi się udało. Wszystko w moim życiu musi się udawać, a to były dwa najważniejsze kroki. Zajmuję miejsce gdzieś pośrodku samolotu obok dwóch młodych dziewczyn. Wolałabym koło okna, ale lepiej gdy siedzę od strony zewnętrznej. Zawsze bliżej do toalety. Chwilę później załoga wita pasażerów na pokładzie i rozpoczyna się pokaz stewardów. Trochę zabawny, bo robią to z taką precyzją i w tym samym tempie. Ale rozumiem, że pokazanie jak się korzysta z kamizelki i tlenu jest niezbędne. „Nie będziesz nic słyszeć przy starcie, najlepiej otwórz usta, pomoże” – rada koleżanki przed wylotem. Raczej przydatna biorąc pod uwagę, że mam bardzo niskie ciśnienie i zmiany wysokości nie wpływają na mnie dobrze. Chwila niepokoju i w końcu – lecę! Z każdą chwilą widzę tylko znikające gdzieś pola, domy. Wszystko staje się takie małe, a za oknem tylko chmury. Po kilkudziesięciu minutach lotu, obsługa samolotu zaczyna sprzedaż bardzo drogich napoi i przekąsek. Ja mam ochotę tylko myśleć o tym, który kraj już minęliśmy. W końcu widzę Alpy, wysokie i otoczone chmurami. Ogólnie nie lubię gór, szczególnie zimą, ale każda rzecz, którą moje oczy widzą przez malutkie okienko jest czymś nowym. Aż w końcu jest! To na którym dnie mogę spocząć albo nad którym mogą zostać rozsypane moje prochy – Morze Śródziemne. Mogłabym całe życie spędzić na plaży nic nie robiąc. Chwilę później czuję, że samolot obniża wysokość, a moje oczy widzą gdzieś w oddali hiszpańskie wybrzeże. Pilot oznajmia, że zostało 20 minut do lądowania w Alicante. Teraz tylko z ogromnym uśmiechem na ustach patrzę przez okno i staram się zapamiętać każdy element tego odmiennego od polskiego krajobrazu.

Nareszcie lądowanie. Znów mam to uczucie w uszach, ale to nie ma znaczenia. Mogę być nawet głucha, bylebym tylko wylądowała na hiszpańskiej ziemi. I tak się dzieje! Moja noga stawia pierwszy, a potem kolejny krok w kierunku odbioru bagażu… Czekam niecierpliwie na mój bagaż. Przypomina mi się, że nie włączyłam roamingu, ale to nie ma znaczenia. Mam bagaż i mogę iść szukać miejsca skąd odjeżdża mój autobus. Idę halą przylotów i nie ma dla mnie znaczenia, że nikt na mnie nie czeka. Wiem, że sobie poradzę. Nadeszła pora aby użyć hiszpańskiego w Hiszpanii. Ogarnia mnie stres, ale w końcu pytam skąd odjeżdża autobus do Murcji.

29 sierpnia 2012 – Inny świat

Wychodzę na gorące powietrze. Niesamowity skwar, ale mi się on podoba. Nie wiem ile jest stopni – 30? 35? Na pewno dwa razy tyle co w zimnej i ponurej Polsce z której rano wyjeżdżałam. Wszystko jest inne. Aż trudno wymienić co, bo nawet autobus nie przypomina gruchota jakim miałam okazję nie raz pokonywać dość długie trasy w Polsce. Klimatyzacja rzeczą obowiązkową. Kupuję bilet od kasjerki, która chodzi po całym przystanku autobusowym. Płacę 5 euro i od razu zaczynam to kalkulować. Zmiana waluty jest ciężka. Ciężko się przyzwyczaić, że trzeba wszystko liczyć razy cztery. Byłam kiedyś tydzień w Niemczech, ale to był krótki okres i nie odczuwałam tam mocno tego, że wszystko jest drogie.

Autobus jedzie do Murcji ponad godzinę przez autostradę, których w Hiszpanii jest wiele. Jadę ze wzrokiem przyklejonym w szybę. Widoki, które do tej pory oglądałam tylko na zdjęciach lub w telewizji teraz mam na wyciągnięcie ręki. Skaliste góry, w których dolinach są małe miasteczka lub wioski zdominowane przez uprawy cytrusów lub oliwek. Budynki tak inne, a trawy można szukać ze świeczką w pełnym słońcu, a i tak się jej nie znajdzie. Moje wewnętrzne ja oprócz paru nie cenzuralnych słów krzyczy także: „Tak, tak, tu chciałaś być, głupia”. Po chwili jednak zdaję sobie sprawę, że jestem tutaj całkowicie sama, zdana tylko na siebie i jak coś mi się nie powiedzie będzie to tylko moja wina. I wina tego, że podjęłam takie ryzyko. Mama mojej przyjaciółki stwierdziła – „Ona jest najodważniejszą ze wszystkich koleżanek, które masz”. Tak to prawda. Odwagi w pewnych aspektach życia nigdy mi nie brakowało. A to wszystko przez to, że nie znoszę prosić o pomoc.

W końcu Murcja. Stolica Regionu Murcja położona 200 kilometrów na południe od Walencji i ponad 400 od Madrytu, 70 kilometrów od wybrzeża zwanego Mar Menor. Autobus jedzie przez przedmieścia od razu bombardują reklamy El Corte Ingles – sieci sklepów w Hiszpanii gdzie możesz kupić wszystko, ale też i za wygórowaną cenę. Potem dostrzegam budynek szwedzkiego giganta – Ikea. No to jesteśmy w domu! W końcu zjazd z obwodnicy miasta. Patrzę z przejęciem na każde miejsce, na każdy budynek, który mijam. Uliczki są wąskie, a drogi wolne od dziur. Dostrzegam, że chyba jestem już w centrum, a więc niedługo będzie pora wysiadać na stacji autobusów. Wysiadam. Swoje pierwsze kroki w moim nowym mieście kieruję do… toalety. Cóż, potrzeba jest nieodzowną częścią ludzkiej natury. Dziwnie mi jest się oswoić z faktem, że mimo iż wszystko jest napisane w innym języku, to ja to rozumiem. Oczywiście nie wszystko. Jeszcze gorzej jest mi się oswoić z faktem, że ludzie się na mnie ostentacyjnie patrzą. W Hiszpanii jest dużo obcokrajowców, szczególnie południe jest pełne imigrantów z Afryki, ale wątpię czy niespełna półmilionowa Murcja gościła w swoich progach rudą Polkę.

Nie ma to teraz znaczenia, bo muszę dorwać taksówkę. Niedobrze mi się robi na myśl, że muszę spytać o taksówkę i jeszcze za nią zapłacić. W Poznaniu zwykłam chodzić pieszo lub korzystać z komunikacji miejskiej. Ale z 30 kilogramami na barku raczej nie wchodzi to w grę jak i fakt szukania przystanku autobusowego. Po paru minutach czekania „sama nie wiem na co” podchodzę do taksówkarza. Nieśmiałym głosem pytam się czy wolne. Ten od razu pyta o adres, a ja mówię, że jestem polką i nie mówię dobrze po hiszpańsku. Moje mieszkanie jest daleko od centrum, ale to nawet lepiej, chociaż będę mogła sobie pospacerować i poznać miasto. Taksówkarz od razu mnie zagaduje, a ja z coraz większym poziomem stresu podtrzymuję rozmowę rozglądając się dookoła. Komplementuje mój hiszpański i oczywiście pyta się czy w Polsce jest zimno. Mijając jedną ulicę za drugą dostrzegam, że temperatura dzisiaj to 37 stopni. W końcu docieramy na miejsce – 8 euro, ale za to poznałam już kogoś w Hiszpanii i gdybym potrzebowała transportu wiem gdzie zadzwonić.

Najgorsze przede mną – znaleźć blok gdzie mam mieszkanie. Na szczęście po chwili nie pewności i błądzenia trafiam pod dobry adres. Wita mnie właścicielka domu – Carmen. Jest bardzo miła, bo schodzi na dół, żeby mi pomóc z bagażem. Wchodzę do mieszkania i oddycham z ulgą, bo wygląda tak jak na zdjęciach. W budownictwie hiszpańskim podoba mi się fakt, że gdy mówią, że mieszkanie ma 3 pokoje to oznacza, że trzy pomieszczenia to sypialnia, a salon jest osobno. Zazwyczaj wyposażony w klimatyzator. Siadami z Carmen przy stole. Mówię jej, że myślę, że słabo mówię po hiszpańsku, ale ona mówi, że rozumie mnie doskonale. Wychodzę z założenia, że czasem lepiej nie przechwalać się, bo można przecenić swoje możliwości. Dostaję kilka papierów z informacjami o domu, telefonami i różnymi przydatnymi rzeczami. W końcu zostawiam swoje walizki w moim pokoju. Wszystko świetnie – wielka szafa, dużo miejsca. Co prawda mam dodatkowe łóżko, ale je zabiorą niedługo. Brakuje mi tylko stolika nocnego, ale po cóż mi on teraz? To nie ma znaczenia. Teraz mogę powiedzieć: Bienvenida a la casa! Carmen pyta się mnie czy mnie gdzieś nie powieść, żebym zobaczyła kawałek miasta. Zgadzam się bez wahania. Z mapą w dłoni na pewno się nie zgubię. Ogólnie mam dobrą orientację w terenie, więc nie boję się iść w miasto tylko z mapą. Carmen pokazuje mi najważniejsze punkty, łącznie ze starym kampusem mojej uczelnia La Merced. Zostawia mnie przy El Corte Ingles mówiąc, że stąd będzie mi najłatwiej dotrzeć do domu. Na koniec dodaje, że wieczorem powinna się pojawić moja współlokatorka – Hiszpanka.

Wchodzę to budynku El Corte Ingles, żeby zaczerpnąć trochę klimatyzowanego powietrza. Już wcześniej zostałam ostrzeżona, że lepiej nie kupować w tutejszych delikatesach, bo są drogie. Ale na półlitrową wodę mineralną za 50 centów musiałam się skusić. Nawet nie rzucam okiem na ceny innych produktów, wolę nie łapać depresji finansowej pierwszego dnia. Opuszczam to miejsce jak najszybciej. Nie wiem jak potem toczą się moje losy – gubię się. Sama nie wiem jak, a mapa w telefonie ani zwykła nie chcą współpracować. Po trzech godzinach błądzenia wśród wąskich budynków w centrum miasta, w końcu trafiam na odpowiednią ulicę, a potem już tylko prosto do domu.

Kilka godzin wypakowuję bagaże. Nie może się oczywiście obejść bez problemów – zbił mi się pojemniczek z cieniem do powiek i teraz moja biała marynarka jest w kolorze pomarańczy. Cóż, życie. Chwilę później analizuję czego potrzebuję z Ikei. Pojadę tam, jeśli zorientuję się jak, to dlaczego nie? W końcu dopada mnie zmęczenie, emocje odpuszczają i zaczynam czuć się senna. Przygotowana do snu witam się ze współlokatorką, która pokazuje mi jak funkcjonują sprzęty w domu. Mówię jej, że wszystko jest inne – nie ma kaloryferów, pralka stoi na małym tarasie, a w oknach nie ma firanek. Dobrze pamiętam jak kiedyś na zajęciach z hiszpańskiego przerabialiśmy temat – jak wytłumaczyć naszemu nativeowi czym jest firanka. Pierwszy dzień w nowym świecie kończę słowami, że się przyzwyczaję. Stają się one dla mnie mantrą na najbliższe tygodnie…

koloratka trzymająca władzę

Posted on

Przez trzy lata studiów byłam straszona Terminatorem, który jest na tyle skrupulatny, że za dodatkowego kleksa w nieodpowiedniej ramce może uraczyć studenta punktem ujemnym. Trzy dni ślęczałam i siedziałam sprawdzając wszystko, o co teoretycznie może zapytać. Ktoś by powiedział: „Przeczytaj Konstytucję, a system polityczny RP przestanie Ci być obcy”. Tak było tydzień temu, teraz Terminator pokonany, ale mam ochotę przeczytać Konstytucję, a raczej przeczytać ją pewnej osobistości z mojej prowincji.

Wracam po wielu tygodniach nieobecności do dziury na górze i jakiegoż me oczy doznają zdziwienia, kiedy widzą biało czerwony znak, w miejscu, w którym nigdy by się go nie spodziewały. Jedna z ważniejszych ulic w mieścinie,  łącząca szkołę podstawową ze średnią, teraz jest jednokierunkowa. Dlaczego? Po drugiej stronie znajduje się cmentarz parafialny i księdzu proboszczowi przeszkadzał ruch samochodów, który uniemożliwiał przeprowadzanie procesji pogrzebowych. Co wynika z tego zdania? W mieścinie mego pochodzenia jest mnóstwo pogrzebów i ruch jak na Bukowskiej w Poznaniu. Tak oczywiście nie jest. Przykra sprawa, niech zmarli spoczywają w pokoju, ale, żeby nagle uniemożliwiać dojazd do szkoły uczniom, rodzicom czy też nauczycielom i zwykłym mieszkańcom, którzy mają mieszkania w pobliskim blokowisku? Uczęszczałam do szkoły, która znajduje się vis a vis cmentarza i dla mnie uciążliwym było zamykanie okna przy 30 stopniach na zewnątrz, bo zamiast o Krzyżakach słuchałam pieśni żałobnych. Roszczenia proboszcza, aby zamknąć ową drogą (oczywiście należącą do miasta, a nie kościoła), są tak zasadne jak gdybym to ja parę lat temu prosiła o przeniesienie cmentarza w inną cześć miasteczka albo przeprowadzanie pogrzebów po godzinie 15.

W świetle Konstytucji, Polska to kraj świecki, ale jak widać sekularyzacja jest tylko na papierze, a jeśli się rozwija to w cywilizacjach wielkomiejskich, bo na prowincji ostatnie słowo (nie zawsze święte) należy do plebanii i księdza proboszcza.

Ps. Trochę to zabrzmiało jak spowiedź lewicowca, ale nie mam sprecyzowanych poglądów politycznych, w Boga wierzę, ale w instytucję kościoła nie. 

o lumpeksach słów kilka

Posted on

Ps. Żeby nie było, nie uważam się za lumpeksowego guru.

pks – podróż kosztem strachu

Posted on

Problem drożejącego paliwa nie dotyka mnie osobiście jednak czasem pośrednio odczuwam skutki tego w swoim portfelu, kiedy chcę się wybrać w 140 kilometrową podróż z Przedsiębiorstwem Komunikacji Samochodowej. Trzy lata temu, kiedy pierwszy raz wsiadłam do autobusu mającego mnie zawieźć do stolicy Wielkopolski zapłaciłam 20,50 zł, teraz już 28. Oczywiście przy zniżce studenckiej. Okazuje się, że ceny biletów w górę, a jakość podróży w dół. Przez ostatnie lata doświadczyłam wielu sytuacji, po których śmiało mogłabym pisać skargi do przewoźnika, ale chyba czekałam na apogeum. Stanie przez ponad godzinę w autobusie, brak ogrzewania czy kilku godzinne opóźnienie, to jednak było za mało.
Miarka się przebrała, kiedy chciałam wrócić na prowincję z okazji minionych świąt. Czekam na autobus, pogoda nie najgorsza, a w budynku PKS nawet wifi. Wybija godzina 19 i podjeżdża mój środek transportu. Pierwsza myśl: W końcu nie będę jechać rzęchem, w którym śmierdzi. Kierowca szybko pakuje bagaże, a po chwili oznajmia: Nie ma możliwości abyśmy byli punktualnie. Jest awaria zaworu. Zapanowało poruszenie wśród moich współpodróżnych, którzy od teraz byli moimi towarzyszami w niedoli. Gdybym nie miała kupionego biletu na pewno bym nie wsiadła do zepsutego autobusu już na starcie. No, ale wsiadłam.
Kiedy jeszcze było widno starałam się rozwiązywać krzyżówki i zapomnieć o zaworze, który może – jak to kierowca stwierdził – pierdyknąć. Zmrok zapadł na moim ulubionym odludziu, czyli trasie Kostrzyn-Gniezno. Droga elegancka, bo budują drogę szybkiego ruchu, ale to totalne odludzie, więc jak owy autobus rozkraczyłby się w środku budowy, lasów, gdzie brak cywilizacji mogłoby być nieciekawie. Nagle autobus staje, ale po chwili ruszamy dalej. Pewna kobieta burzy się i pyta kierowcę czy jest możliwość podstawienia innego autobusu w Gnieźnie, na co kierowca odpowiada retorycznym pytaniem: A chce Pani czekać trzy godziny w Gnieźnie? Jedziemy dalej… Gdy wjechaliśmy do Gniezna mój poziom irytacji zaczął powoli spadać, aż w końcu chyba nawet zapomniałam, że jadę w strachu. Na szczęście dojechałam cała i zdrowa z 5 minutowym opóźnieniem.
Smaczku całej historii dodaje fakt, że dwa dni wcześniej tą samą trasą, z tym samym przewoźnikiem jechał brat mojej współlokatorki i ich autobus popsuł się w Gnieźnie. A może powinnam napisać ten sam autobus? Albo iloma jeszcze popsutymi autobusami dysponują?

szamarzewskie zebry

Posted on

Od prawie dwóch lat studiuję na historycznym i zabytkowym kompleksie budynków Uniwestytetu im. Adama Mickiewicza na poznańskim Szamarzewie. Skąd ta zwyczajowa nazwa? Od ulicy, która biegnie nieopodal jednego z wiekowych budynków. Ulica ta krzyżuje się z ulicą Szamotulską, którą niezmiennie od prawie trzech lat przemierzam dzień w dzień. Kiedyś na owym przecięciu tych dwóch ulic prawie zostałam rozjechana przez taksówkę, w momencie gdy przechodziłam po pasach. Od tamtej pory często zastanawiam się idąc tą drogą: „Zatrzyma się, czy się nie zatrzyma?” I tak oto przez ostatni miesiąc bacznie śledziłam jak często kierowcy zatrzymują się przed, a nie na pasach. Muszę przyznać, że cieszę się, że nie mogę się zaliczyć do grona kierowców, bo przykro stwierdzić, ale gdyby nie moje wymuszanie należnego mi pierwszeństwa na pasach nie miałoby miejsca, to pewnie żaden pojazd nie zatrzymałby się przed zebrą. Tłumaczenie, że ktoś się spieszy nie jest żadnym tłumaczeniem, bo co za różnica stanąć metr dalej czy bliżej? Z mojej prowincjonalnej perspektywy, to chyba przypadłość kierowców z większych miast – Jak nie ma świateł, to nie muszę się zatrzymać. Światła wymuszają na nich zatrzymanie się przed pasami, a w miejscach gdzie ich nie ma panuje istna samowolka. W moim malutkim miasteczku świateł jak na lekarstwo, a większość kierowców mimo wszystko zatrzymuje się przed białymi grubymi paskami w poprzek jezdni. Trzy kolory miały pomóc w ruchu, owszem pomagają, ale gdzie ich nie ma pieszy musi być bardzo uważny, żeby nie zostać rozjechany w miejscu gdzie prawnie może się znajdować.

o staropanieństwie

Posted on

Studiując kierunki humanistycznie czasem człowiek mimowolnie dochodzi do wniosków natury egzystencjalnej. Wczoraj, a właściwie  dzisiaj gdzieś nad ranem, czytając notatki z przedmiotu Socjologia rodziny naszła mnie refleksja na temat instytucji małżeństwa.

Od kiedy pamiętam, a pamięć mam słabą, nigdy nie było mi spieszno na ślubny kobierec. Nie powiem, biała sukienka, mnóstwo prezentów – to mi się podobało mimo że byłam de facto na dwóch ślubach. Akurat dobrze pamiętam jak nie raz zrywałam firanki z żabek udając, że ten ukrochmalony kawałek materiału to moja suknia ślubna. I na tym moje zapędy małżeńskie się kończą. Pamiętam też jak powtarzałam w nieznanym mi kontekście tekst: starą panną zostać wolę niż się tarzać w smole, ty matole albo już mi niosą trumnę z welonem – jako parafrazę piosenki 2 plus 1. Nie muszę wspominać, że byłam fanką Wandy, która nie chciała Niemca.

Wyrocznia dobrych rad i porad licząca sobie już prawie 86 lat, a nadal trzymająca się w dobrej kondycji, kiedyś stwierdziła, że nie chęć do formalnych związków mi minie z wiekiem. I się pomyliła, jest gorzej.

Czytając statystyki doszłam do wniosku, że gdybym żyła trzydzieści lat temu byłabym 21letnią starą panną. W sumie, to na 6-tysięcznej prowincji bez chociażby narzeczonego jestem postrzegana jako właśnie taka. Szczególnie, kiedy słyszę, że ktoś tam z mojego rocznika już wyprawił wesele. W wielkim mieście to nie ma znaczenia, ludzie gonią za karierą, pieniędzmi – za tym gonię i ja. Pewnie tak będzie przez długi czas.

Zawsze myślałam, że człowiek jako istota posiadająca wolną wolę i możliwość decydowania o sobie ma wybór czy chce się bawić w ślubne ceregiele czy nie. Teraz okazuje się, że mimo iż zmieniają się czasy i co raz więcej jest singli, to nadal wymaga się, aby w końcu człowiek się ustatkował.

Zrobię na przekór wszystkim i będę starą panną. Zaoszczędzę mojemu potencjalnemu mężowi cierpień i katuszy, których mógłby doświadczyć ze względu na mój trudny charakter i absolutny brak chęci posiadania małych potworków, które po kilku latach nieprzespanych nocy, traktować nas będą jako świnkę-skarbonkę, a kilkanaście lat później  już tylko jako zardzewiałą i pustą skarbonkę.

NIE SZUKAJ MIŁOŚCI A ZNAJDZIESZ część 2

Posted on

Samotność kropka pl

Wydaje się, że najbardziej zdesperowani szukają miłości w sieci. Chcąc potwierdzić tę tezę zakładam konto na jednym z popularnych portali randkowych. Wstawiam kilka zwyczajnych zdjęć, dodaję podstawowe informacje o sobie i czekam, aż zaczną wchodzić na mój profil. Po kilku dniach i kilku rozmowach mam obraz osób, które korzystają z takich portali. Każdemu z mężczyzn, którzy do mnie napisali zadawałam to samo pytanie – Jesteś singlem z wyboru? Czy szukasz tu dziewczyny, bo nie możesz znaleźć w życiu normalnym? – proste i dosadne. Najczęstsza odpowiedz to, że po prostu im się nudzi. Inni piszą, że dla zabawy sobie piszą do nieznajomych. Żaden nie napisał, że jest samotny i chce w końcu znaleźć kogoś. Internet ma tę zaletę, że nie trzeba być szczerym i można być, kim się chce.

Zaskakuje jednak jedna rzecz – aby wyróżnić swój profil na tym portalu trzeba zapłacić niemałą sumę, a takich profili nie brakuje. Prowokują zdjęcia jak i opisy tych osób – zdarzają się roznegliżowane panie po czterdziestce czy dwudziestoletni mężczyźni oferujący sponsoring.

Patrz pod nogi!

Umawiam się na kawę z dawną przyjaciółką, kiedyś zagorzałą singielką. Dziewczyna o niemal feministycznych poglądach teraz czeka na mnie przeglądając magazyn o dekoracjach dla domu. Dwa lata temu, kiedy widziałyśmy się po raz ostatni zastanawiała się jak zniesie fakt, że będzie mieszkać ze współlokatorem za ścianą, a teraz wije własne gniazdko. Nie daje mi dojść do słowa. Nie pyta się, co u mnie tylko od razu zaczyna historię swojej wielkiej przemiany. – Poznaliśmy się przypadkiem. Wszystko przez to, że jechałam z nim w jednym przedziale w pociągu. Było bardzo duże opóźnienie, więc tak sobie zaczęliśmy rozmawiać. Później kilka razy spotkaliśmy się przypadkiem na Krupówkach, a kolejne spotkania nie były już zrządzeniem losu – opowiada patrząc na mnie rozmarzonymi oczyma. Kobieta niewierząca w miłość od pierwszego wejrzenia, bez krzty romantyzmu znajduje mężczyznę swoich marzeń przez przypadek. Widzi moje zdziwienie na twarzy – Nie szukaj mężczyzny na siłę, patrz pod nogi. Kto wie, może trafi ci się chłopak, który potrąci się na przystanku czy spyta o drogę. Świat jest zbyt piękny, żeby nie mieć go, z kim dzielić – kończy z uśmiechem. Siedzimy przy kawie jeszcze dłuższy czas, a ja jestem tylko słuchaczem jej opowieści.

Wychodzę z kawiarni. Na przystanku spotykam znajomego – singla. – Mam czasem dość bycia singlem, ale spójrz. Poznań to miasto gdzie ludzie przyjeżdżają robić karierę i miłość swego życia prędzej przywiozę ze swojej wsi niż znajdę tutaj – odpowiada na moje pytanie z prawdziwą szczerością – Sam nie zawsze znaczy samotny. Większość ludzi jest sama, bo im tak wygodniej. Taki to materialistyczny świat – dorzuca machając mi na pożegnanie z progu tramwaju.